Image Hosted by photobucket.com

czwartek, 31 października 2013

W czerwieni grzechu. Prolog.

Heeej ^ - ^. Dzisiaj halloween, więc natknęła mnie pewna myśl. Pamiętacie chyba, że dość niedawno wspomniałam o moim starym opowiadaniu "W czerwieni grzechu"? Tak więc, cudem udało mi się poprawić prolog i pierwszy rozdział. Czyli znowu tak źle nie jest ze mną i z moją pamięcią. Wygląda jednak na to, że potrafię wrócić do czegoś, co zaczęłam dwa lata temu.Nie jestem pewna, czy uda mi poprawiać kolejne rozdziały, więc nie obiecuję, że wrzucę tutaj wszystko, co w tamtym czasie udało mi się napisać. Mogę jedynie z miejsca powiedzieć, że mam w planach umieszczenie tutaj pierwszego rozdziału. Ogólnie byłam w szoku, kiedy z worda skopiowałam prolog na bloga, bo po zmniejszeniu czcionki, to naprawdę bardzo krótki mi wyszedł. W wordzie liczył on aż 11 stron, no szok! XD

No i chyba muszę się pochwalić, bo moja wena raczej już wróciła. Wczoraj cały dzień poświęciłam na ósmy rozdział "My heaven", czyli można go się spodziewać-być może- już w następnej notce XD. No chyba, że wpadnie mi coś innego do głowy i w ostatniej chwili zmienię zdanie, ale coś czuję, że na pewno będzie to ósmy rozdział ;p.

W dodatku zmieniłam jeszcze bannerek. Nie wiem, czy się podoba, czy nie, ale jakiś mroczny w końcu musiał się pojawić. Rok temu chyba dużo lepszy mi wyszedł, ale mniejsza z tym. Ważne, że na halloween już jest, no i na resztę listopada XD. A teraz zapraszam na moje "dark fanasy", i taka mała prośba, jeżeli już ktoś zdecyduje się to czytać, to niech sobie włączy muzykę (link jest podany). Gwarantuję, że lepiej się będzie czytać i fajny klimacik się zrobi (bo, osobiście przy pisaniu prologu tego opka, tego słuchałam) ;p.

A notka pojawia się wcześniej, bo zaraz lecę na japoński, a potem to już nie miałabym okazji, by umieścić halloweenową notkę ;p.





Prolog:

Niebo było czarne jak smoła. Gwiazdy zniknęły, jakby pochłonięte przez nicość. Gruby księżyc w pełni świecił swoją poświatą, otulając ziemię podczas tej przerażającej i głuchej ciemności. Było zimno. Było cicho. Jakby czas stanął na chwilę w miejscu.
Alice podniosła do góry zaczerwienione oczy. Długie włosy rozwiewał cichy powiew wiatru. Nie czuła chłodu, ani tym bardziej mroźnego wiatru, który uderzał w jej porcelaną twarz. Lubiła takie wieczory, zwłaszcza taki jak ten. Cisza i spokój. Tylko ona i jej myśli. Sam na sam, bez żadnych światków. Ostatnio za dużo zamartwiała się, chodziła nerwowo po pokoju, zataczając duże koła. Bowiem coś się zbliżało. Coś okropnego. Tylko jeszcze nie miała pojęcia, co to może być. Bała się o swój los i braci.
Zerwał się mocniejszy wiatr. Liście lekko zaszeleściły. Dziewczyna odetchnęła głęboko, zaczerpując zimnego powietrza. Nie poczuła go.
Dookoła niej rozciągał się gęsty las, płożące się krzewy i wysoka trawa, która zdawała się nie być już ściana od paru dobrych lat. Liście wyszarpywane z gałęzi drzew, jak dziecko od matki porywał daleko jesienny wiatr. Opadały wolno na ziemię, jakby wcale nie było im śpieszno, by dotknąć wilgotnej ziemi. W powietrzu dało się wyczuć już zimę. Nadchodziła wielkimi krokami.
Zamknęła oczy, próbując skupić się nad cichym szelestem liści. Wiedziała, że wiatr nuci swoje pieśni, kołysanki. Niesie przesłanie, przeznaczenie, zawarte w cichym powiewie...
Nagle otworzyła szeroko oczy. Zerwała się gwałtownie z werandy. Czarna suknia zaszeleściła złowrogo, wpadła do domu.
-Gabriel!- wrzasnęła.


***


Liście opadły gwałtownie z drzewa. Przestraszony i ranny kruk odleciał, nie wydobywając z siebie żadnego dźwięku. Księżyc schował się za grubą warstwą mrocznych i pierzastych chmur. Nie chciał bowiem oglądać makabrycznej sceny, która właśnie odbywała się pod nim.
Czarny anioł zeskoczył zwinnie z drzewa. Cicho i zgrabnie, niczym pantera. Jego stopy uderzyły miękko w ziemię. Duże, czarne skrzydła zwinął na plecach. Przyjął pozycję drapieżnika. Łagodna dotąd twarz, przybrała groźną maskę, dzikiego zwierzęcia. Czerwone oczy zapłonęły niczym szkarłat. Z gardła wydobył się cichy, ale za to mroczny i głęboki charkot. Obnażył śnieżnobiałe i ostre zęby. Adrenalina buchnęła w suchych żyłach, niczym wrzący płomień, rozsadzając je od wewnątrz. Martwe dotąd serce zrobiło dziwny przewrót w klatce piersiowej, obijając się o żebra. W gardle poczuł tysiące małych ostrych kolców. Czarny Anioł uśmiechnął się paskudnie na to uczucie. Uwielbiał ten stan.
Żywa istota, która stała kilka kroków od niego, znieruchomiała jak posąg na widok dziwnego stworzenia, które zeskoczyło z drzewa. Nogi wmurowały się w ziemię, jakby spod niej wyrosły niewidzialne i potężne kajdany, które zakuły nogi. Puls przyśpieszył. Istotna krzyknęła. Krzyk rozniósł się echem, odbijając się od ściany leśnej.
-kim jesteś?- spytał drżącym głosem, cofnął się powoli.
Czerwone oczy łypnęły złowrogo na nogi człowieka. Ten się zatrzymał.
Anioł się zaśmiał. Rysy twarzy napięły się jeszcze mocniej. Przymknął powieki, wdychając powietrze dookoła siebie, po czym je powoli wypuścił.
-No cóż- zaczął. Jego głos był niski i nieprzyjemnie ochrypły. Wyprostował się, stając na dwóch nogach. Dopiero teraz człowiek zdał sobie sprawę, że ciemna postać jest wysoka. O wiele wyższa i umięśniona. Skrzyżował dłonie na piersiach, mierząc ofiarę spod mrużących powiek.- Skoro tak bardzo jesteś ciekaw, drogi przyjacielu, kim jestem, to ci powiem. Chociaż sam nie wiem po co ci to wiedzieć, skoro zaraz będziesz martwy.
Niski i krępy mężczyzna, wybałuszył oczy na tajemniczego mieszkańca lasu. Dłonie zaczęły mu drżeć. Nie ze zimna, lecz ze strachu. Zrobił kolejny krok do tyłu.
-Nie rozumiem...- Człowiek zaczął plątać się w słowach. Po kręgosłupie przebiegł lodowaty dreszcz. Zmierzył dokładnie Czarnego Anioła. Zauważył, że jego szaty są wykonane z drogich materiałów i starannie uszyte.- Czego ty chcesz... panie? Jestem tylko zwykłym sługą, nie mam niczego, nie mam nawet dachu nad głową. Jeżeli potrzebujesz pieniędzy, zaprowadzę cię do mojego pana. Pomoże ci, to dobry...
Przerwał mu donośny śmiech, który wydobył się z gardła wysokiej i tajemniczej postaci.
-Oj, myślisz się, mój przyjacielu, bardzo się mylisz.- Głos Czarnego Anioła na nowo przybrał niski i ochrypły ton z nutką zimnej kpiny.- Masz coś o wiele cenniejszego. Cenniejsze, niż pieniądze, czy głupi dach nad głową. Nie obchodzi mnie to, że ty, człowieku, jesteś ubogim sługą u jakiegoś nędznego śmiertelnika, który uważa się za wyższego od ciebie, bo nosi drogie szaty, czy pije dobre wino.
Mężczyzna pokręcił gwałtownie głową, próbując się ocucić. Upiłem się, czy jak, pomyślał rozbawieniem. Tak, musiałem się upić wraz resztą służby. Pan wydał przyjęcie, więc za pewnie trochę wina zostało i podarował nam je. Nie widział innego wytłumaczenia na to, że widzi tą dziwną osobę przed sobą. Nie rozumiał nawet słów, które padły z ust nieznajomego. Tak, to musiał być sen, bo czuł się tak, jakby tkwił w tych najgorszych koszmarach, gdy upija się do nieprzytomności.
Jego dłonie zdrętwiały, ciałem wstrząsały drgawki. Robiło się coraz zimniej.
-No nie patrz tak na mnie- skarcił go anioł.
Poruszył się, a serce człowieka zabiło mocniej. Tajemnicza postać zaczęła okrążać mężczyznę.
-Wiesz, co masz tak cenniejszego, hmm? Och, na pewno nie wiesz. Wy, śmiertelnicy patrzycie tylko na dobra materialne. Chcecie tylko władzy i pieniędzy, tylko to się dla was liczy- spojrzał na niego obwiniającym spojrzeniem.- Dla mnie liczy się to, co jest w tobie. To, co płynie w twych żyłach.
Człowiek pobielał na twarzy na dźwięk tych słów. Przełknął głośno ślinę. Cofnął się jeszcze kilka kroków, zachwiał się na nogach, stracił pod nimi grunt. Świat przed oczyma zawirował. Upadłby, gdyby nie podparł się o drzewo. Zamknął na chwilę oczy, oddychał głęboko.
-Tak, dobrze myślisz- rzekł anioł, potakując głową, jakby doskonale wiedział, co siedzi w głównie śmiertelnego.- To krew. Twoja krew. A zwłaszcza twoja jest, hmm... oryginalna. Ma niepowtarzalny zapach. Uwierz mi, krew twego pana jest zepsuta, aż do szpiku kostnego. Przeterminowana, rzekłbym nawet- mówiąc te słowa, uśmiechnął się promiennie, ukazując białe i ostre zęby.
Niski śmiertelnik otworzył szeroko oczy na Czarnego Anioła. Malował się w nich strach. Potworny i niewyobrażalny strach. Umrę, przemknęło mu przez myśl. Zdechnę jak ofiara lwa. Rozszarpie mnie, dobierze się do gardła. To koniec. Koniec mojej egzystencji.
-No to skoro już mamy za sobą cześć teoretyczną, przyjacielu to czas przejść do części praktycznej, nie uważasz?
Serce człowieka zakołatało głośniej, czarna postać przyjęła pozycję drapieżnika, gotowa do skoku. Obnażył zęby. Człowiek zacisnął mocno powieki, czekając na ostateczny cios. Całe życie przemknęło mu przed oczami.
-Dość tego, Michael!- Do uszu sługi dostał się miękki, rozgniewany i stanowczy głos. Po upływie kilku sekund zorientował się, że należy on do mężczyzny. Otworzył oczy.
Z drzewa skoczyły dwie kolejne ciemne postacie. Równocześnie ich stopy uderzyły miękko o ziemię. Liście pod ciężkimi butami wydały lekki szmer. Wyprostowali się. Obaj spojrzeli w tym samym czasie na anioła. Wyraz twarzy nocnych towarzyszy wyrażał nic innego jak tylko złość. Sługa zauważył, że jednym z nich jest kobieta, a raczej dziewczyna.
Miała mlecznobiałą karnację o delikatnych rysach, jak płatki róży. Duże, ładne osadzone oczy miały barwę szkarłatu, tak jak w przypadku napastnika, który chciał go zaatakować. Długie, brązowe włosy w odcieniu czekolady, starannie ułożone, opadały na piersi. Ubrana była w długą i czarną suknię, sięgającą do ziemi.
Natomiast drugi z nich był to mężczyzna. Z wyglądu przypomniał tamtego drugiego tyle, że jego oczy posiadały brązowy odcień i miał dużo jaśniejsze włosy. Wyglądali jak bliźniacy, podobni, lecz nie tacy sami.
-Co ty wyprawiasz?- W głosie dziewczyny towarzyszy zimne nuty.
Czarny Anioł prychnął pogardliwie, nie spuszczając oczu ze sługi.
-A wy, co tutaj robicie?- Zagrzmiał, niczym burza.
Sługa się skulił, mając nadzieję, że ta dwójka dziwnych istot wyratuje go ze szpon śmierci.
- Nie potrzebuję waszej opieki przez dwadzieścia cztery godziny na dobę- ciągnął dalej anioł.- Darujcie to sobie.
-Puść go!- rozkazał bliźniak czarnego.
-A niby to dlaczego? Jestem głodny. Od dawna się nie żywiłem!
Dziewczyna zrobiła krok do przodu. Spojrzała w oczy czarnemu.
-Pamiętaj o przepowiedni, Michael. Przeznaczenie. Teraz musimy uważać, nie możemy się ujawnić nikomu, inaczej... Wiesz, co się wtedy stanie.
Czarny Anioł zacisnął usta w wąską linię. Zza ramienia dziewczyny cały czas miał widok na skulnego śmiertelnika. Chciał coś odpyskować, lecz się powstrzymał.
-Daj mu odejść- powtórzył łagodniej bliźniak.
-Mamy się nie ujawniać, tak?- ryknął ten, na którego mówili Michael.- Jeżeli pozwolę mu odejść, w mieście zaraz będzie o nas głośno. Skończmy z nim, wtedy będziemy bezpieczni!
-Nie- powiedziała stanowczo dziewczyna po dłużej ciszy. Wzrok cały czas miała utkwiony w Michaela.
-No to, kurwa, pięknie!- wrzasnął.- Zaraz wyślą łowców do naszej posiadłości i się skończy nasza bierna egzystencje. Tego chcecie?
Sługa próbował się cofnąć, ale zorientował się, że jego ciało zesztywniało od mrozu. Ledwo mógł poruszać palcami u dłoni.
-Nie bój się- rzekł bliźniak Michaela, podchodząc do niego.- Nic ci nie zrobimy. Możesz odejść w spokoju.- Wyciągnął do niego rękę. Sługa zawahał się, ale po chwili podał mu swoją. Dłoń tajemniczego bliźniaka była silna, a zarazem zimna i koścista, jakby nie dochodziła do niej krew.
Sługa stanął i otrzepał płaszcz. Spojrzał nieufanie w brązowe oczy wybawcy.
-Pozwolisz mu tak odejść? Chcesz, aby wygadał się o nas? Tego chcesz? No, pytam się! Gabriel, tego właśnie chcesz?- Czarny Anioł powoli popadał w obłęd.- Jeżeli chcesz skończyć ze swoich życiem, proszę bardzo. Idź i oddaj się w łapy łowcom. Niech cię spalą na stosie. Mnie w to nie mieszkaj!- Spojrzał na dziewczynę.- I Alice także.
Dziewczyna spuściła głowę na dół.
-To nie o to chodzi. Och, Michael ty niczego nie rozumiesz. Niczego. Dlaczego taki jesteś? Dlaczego nie jesteś jak Gabriel, który mnie rozumie? Puść go, proszę cię. Nas i tak już tu nie będzie.
Michael spojrzał na Gabriela.
-Jak to nas już nie będzie? O czym ty, do diabła mówisz, Alice?
Dziewczyna wydobyła z siebie ciche westchnięcie.
-Nie teraz. Porozmawiamy o tym w domu. Nie chcę, aby ten śmiertelnik za dużo wiedział.
Cała trójka dziwnych istot spojrzała na śmiertelnego.
-Możesz odejść. Nikt cię nie będzie ścigać- głos Gabriela był spokojny i koił nerwy. - Rób, co chcesz z tym, co wydarzyło się dzisiaj w lesie. Możesz pójść do łowców i im o tym powiedzieć. Tylko pamiętaj, jeżeli tutaj przybędą, nikogo nie zastaną. Posiadłość będzie wyglądać, tak jakby nikt w niej nie mieszkał już od tysięcy lat. Uwierz mi, przyjacielu.
Na to słowo poczuł skurcz w żołądku.


***

Wiatr targał płaszczem sługi, wdarł się pod kołnierz, przeszywając mężczyznę do szpiku kostnego. Otulił się nim szczelniej, klnąc cicho pod nosem. Szedł pośpiesznie ulicą miasta. Pozapalane lampy drogowe dodawały mu nieco otuchy, lecz wciąż odczuwał paniczy lęk przed dziwną istotę, na którą natknął się w lesie. Był przemarznięty i uparcie walczył ze sennością.
Przeklęty las, mruczał pod nosem. Był zły na swojego pana, że kazał mu akurat późnym wieczorem wybrać się do sąsiedniego miasta z listem dla jakiegoś ważnego w mieście. Nie obchodziło go, kim on jest i co może. Klął na las, który akurat musiał oddzielać te dwa miasta, których z całego serca nienawidził.
Skręcił w róg. Przed jego załzawionymi oczami mieściła się karczma, z której dochodziły głośne odgłosy. Poczuł mimowolnie ulgę wiedząc, że wciąż jest otwarta. Znalazł w sobie jeszcze choć cienia siły, po czym rzucił się biegiem w stronę drzwi.
-Ludzie!- wrzasnął, gdy wpadł do środka. W jego twarz uderzył gorący powiew powietrza i ostra woń alkoholu.
Gwar ustał momentalnie, gdy drzwi z hukiem się otwarły. Zgromadzeni spojrzeli na niskiego mężczyznę.
- Widziałem ich, ja ich naprawdę widziałem! Oni istnieją naprawdę, legenda nie kłamie!- dyszał ciężko, z trudem łapał powietrze.
Jeden mężczyzna, który siedział przy stoliku przy oknie, poderwał się szybko z miejsca i znalazł się przy nim.
-Dajcie mu piwa! - zażądał.- Albo nie, wina! Ja stawiam. Ten człowiek jest zmarznięty i spragniony! No, ruszać się! Co się stało, Guido?- spytał szeptem, zwracając się do mężczyzny.
Guido zaczerpnął głośno powietrza do płuc.
-Widziałem ich- szepnął, oczy błyszczały mu z triumfu.
Wysoki i dość dobrze zbudowany mężczyzna zmarszczył krzaczaste brwi.
-Ale kogo, do diabła widziałeś człowieku?
Tamten spojrzał na niego.
-Warrenów- odpowiedział.- A w sumie to ich potomków. Mówię ci, legenda jest prawdziwa. Widziałem ich na żywe oczy, gdy przełaziłem przez las. Wierzysz mi, prawda, Arnie?- spytał, gdy szedł do stolika przyjaciela.
Arnie usiadł, potężne ręce położył na blacie stolika. Po chwili sięgnął po kufel piwa i upił kilka łyków.
-Sam nie wiem- westchnął, potrząsając głową.- Jesteś pewny, że to byli oni, a nie czasem jakieś inne Mroczne Istoty?- Nachylił się nad stolikiem. Nie chciał, by ktoś podsłuchał im rozmowy.
Guido przytaknął.
Szybkim krokiem zbliżyła się do nich kelnerka, niosąc wino dla nowego gościła. Drżącymi dłońmi położyła przed nim kielich. Nie odeszła, wpatrywała się w niego tępo, chcąc usłyszeć historię. Mimo że była uboga i niezbyt ładna, to nie była głupia. Wiedziała, co chciał powiedzieć Guido. Znała legendę o rodzie Warrenów, jak każdy w mieście.
-Czego chcesz, Claude?- Arnie spojrzał na nią spod kurtyny długich i ciemnych włosów.- Możesz już odejść, dziewczyno.
Kelnerka poczuła ukłucie żalu, ale nie dała się tak łatwo spławić.
-Guido, to prawda?- zwróciła się do mężczyzny, który sączył wino.- Widziałeś ich naprawdę?
Chciał już otworzyć usta, ale Arnie go wyprzedził:
-To nie opowieści dla kobiet, zmiataj stąd już, Claude- odpędził dziewczynę gestem ręki.
Tamta prychnęła tylko i odwróciła się napięcie.
-Eh, te baby- westchnął cicho, kręcąc z niedowierzania głową.- Dobra, gadaj lepiej, coś ty w lesie robił o tak później porze. I jak to się stało, żeś ich napotkał ?
Guido upił jeszcze spory łyk i odstawił kielich na stół.
-Mój pan kazał mi zanieść list do sąsiedniego miasta, do jakiegoś tam swojego przyjaciela, strasznie ponoć bogaty, ale mniejsza z tym.- Machnął ręką, jakby to było mało ważne.- Przechodziłem przez las, gdy nagle bach ! Z drzewa skoczył czarny anioł!
Arnie zatrzymał w połowie drogi kufel do ust.
-Tak, mówię prawdę, klnę się na własną duszę, tak było! Skrzydła miał czarne, jak u kruka! Był wysoki, o taki !- Pokazał rękami mniej więcej wysokość swego napastnika.- Wyglądał jak upiór, mimo że był ładny. Rysy gęby naprawdę cała trójka ma jakby nie z tego świata ! A oczy mieli czerwone, jak... jak krew. O, tylko jeden miał takie normalne, jak my. Brązowe. I był dość uprzejmy, pozwolił mi odejść.
-Jest ich trzech? Niech mnie kule biją, legenda nie kłamie!- krzyknął ktoś z sąsiedniego stolika.- Czarne skrzydła i czerwone ślepia, gęba ładna jak Anioła. Demony, w ludzkiej postaci. Klątwa krwi, splamiony ród!
- I co teraz poczniemy?- odezwał się jakiś mężczyzna z kąta sali.
Gwar się podniósł. Ludzie zaczęli przekrzykiwać się jak na targu.
-No jak to co? To oczywiste. Trzeba ich wybić, co do jednego! Trzeba zaraz powiadomić łowców!
-Cisza, cisza !- krzyknął Arnie. Walną potężnie pięścią w blat stołu, który aż zadrżał pod jego ciężarem. Poniósł się z miejsca.- Bez paniki, moi drodzy! Najważniejsze w tej chwili jest bezpieczeństwo naszego przyjaciela. Pozwólmy mu zatem mówić. Guido...?
Niski mężczyzna zaczerwienił się. Zagryzł dolną wargę, obawiając się, co jego pan na to przemówienie powie.
-No, dalej, Guido- zachęcił go Arnie.- Mów.
-Odwagi, bracie, odwagi- dodał ktoś z końca sali.- Tutaj cię niedopadaną, nie odważą się !
-Jak się zjawią, to będą mieć z nami do czynienia...!
- …i z naszymi kosami i siekierkami !
-Urąbiemy im łby, gadziną jednym!
Po ułamku sekundy sługa stanął powoli, odsuwając krzesło do tyłu.
-Chciał mojej krwi- wykrzyczał.- Chciał mnie zabić! Rozszarpać! Widziałem to w tych jego czerwonych ślepiach!
-Jak udało ci się uciec?- spytał głośno Arnie.
Szmery rozniosły się po całym pomieszczeniu.
- Dwóch ich było... jego rodzeństwo. Dziewczyna... I ten jego drugi brat bliźniak. Ocalił mnie.
Ludzie krzyknęli. Nie spodziewali się, że to rodzeństwo mogło być, aż tak przeklęte jak legenda głosiła.
-Tamten mnie ocalił. Pozwolił mi odejść. Kłócili się z tamtym czarnym. On mnie ocalił.
Szmery narastały. Ludzie szeptali, krzyczeli.
-Czas złożyć wizytę łowcą!
-Tak, chodźmy do nich.
-Dziś zginą potomkowie Warrenów !
-Ta noc będzie krwawa... !
-Jedność, bracia, jedność, a pokonamy ich!
***


W lesie zrobiło się od razu jaśniej i głośniej. Tylko śmiałkowie odważyli się wyruszyć na kraniec miasta, gdzie znajdowała się posiadłość Warrenów. Las jakby płoną od pochodni, które trzymane były w rękach bohaterów, pogromców mrocznych istot. Szli, stawiając krok za krokiem, wykrzykując różne hasła. Płomienie rozpraszały złowrogie cienie, czyhające w każdym zakamarku lasu, głośne okrzyki dodawały otuchy.
Ludzie wyszli z ciemnego lasu. Przed nimi rozciągał się duży dom, który był posiadłością Warrenów. Podjazd był zarośnięty do takiego stopnia, jakby żaden powóz czy koń nie przejechał tędy z kilka wieków. Wysokie trawy ukazywały tylko skrawek starego muru.
Gdy tylko ludzie przekroczyli źdźbła traw zauważyli, że niektóre okna miały powybijane szyby i brakowało gdzieniegdzie firanek. A gdy zaś one były, to przypominały kawałek materiału ubrudzonego w sadzy. Wiatr gwizdał przez otwory, w których powinny tkwić okna. Schodki od werandy, wykonane z drewna były zgniłe, a poręcz przełamana. Drzwi wejściowe były lekko uchylone.
-Ależ to upiorne miejsce!- krzyknął jeden, stojący bliżej dworu. Splunął z pogardą na ziemię.
-To przeklęta ziemia, ochrzczona przez samego diabła! Nic dziwnego, iż te dzieci wyglądają, jak wyglądają- dopowiedział następny.
Reszta się zgodziła z tymi słowami.
-Przecież tutaj nikt nie mieszka. Spójrzcie tylko jak ta ziemia wygląda!- odezwał się ktoś zrezygnowanym głosem.
-Mieszkają tutaj upiory. Czegoż się spodziewał, gościnności jak u króla?- zakpił jeden z łowców.
Zapadła cisza. Lodowaty wiatr targał liśćmi strącając je z drzew. Uchylone drzwi skrzypiały, niosąc się echem wewnątrz domu.
-Podpalamy dom i wynosimy się stąd, chłopaki- rozkazał Arnie.- Jeżeli tych bestii tutaj nie ma, to za pewnie powrócą z polowania. Jak zobaczą swoją posiadłość na zgliszczach, wyniosą się z miasta. Mówię wam, a więc do dzieła!
Uczestnicy zanieśli się wiwatującym okrzykiem.
-Mam nadzieję, że śpią we własnych trumnach, zmutowane gady jedne! Do dzieła, koniec z nimi !
Łowcy wraz z ochotnikami pobiegli prosto w stronę domu, krzycząc i machając pochodniami. Gdy tylko jedna pochodnia dotknęła ściany domu, zajarzyła się jasnym płomieniem. Ludzie krzyknęli triumfalnie na widok coraz to większych podpalanych miejsc domu.
Tylko Guido pozostał przy ścianie lasu, trzymając nisko pochodnie. Nie było mu do śmiechu, czuł narastającą złość oraz pustkę. Czuł się zawiedziony. Jednak Gabriel miał rację, pomyślał gorzko, po czym przeklął głośno pod nosem. Nerwy i złość szarpały jego ciałem.
-”Możesz pójść do łowców i im o tym powiedzieć. Tylko pamiętaj, leżeli tutaj przyjdą, nikogo nie zastaną. Posiadłość będzie wyglądać, tak jakby nikt w niej nie mieszkał już od tysięcy lat. Uwierz mi, przyjacielu”.- Huczało mu w myślach. Słowa te wbijały mu się głęboko w mózg, niczym drzazgi. Pochodnia wypadła z dłoni. Ciałem zaczęły targać potężne drgawki. Upadł na kolana, trzymając się za głowę. Ból był nie do zniesienia. Z ust zaczęła wydobywać się piana.
-Przeklęta ziemia-wyszeptał i stracił przytomność, a jego ubranie zajarzyło się płomieniem z pochodni.

2 /skomentuj:

Hyon Ra pisze...

A ja czytałam już to twoje opowiadanie, kiedyś daaawno daaawno temu ;p Pamiętasz? chyba wysyłałaś mi coś z pierwszego rozdziału, bo prolog to na stówę pamiętam. Fajnie by było jakbyś ciągnęła to dalej, bo pomysł na opowiadanie miałaś fajny. I pamiętam, że coś z aniołami jeszcze mi podsyłałaś, tak czerwono było i kojarzę, że ten anioł uwięziony był i jakiś tłum ;p

Mekashi pisze...

Przez chwilę poczułam jakbym przeniosła się do jakiejś baśni, czy coś. Takie magiczne. Kontynuuj, bo pomysł jest świetny ^^'

Prześlij komentarz